Gdzie się podziały tamte prywatki?

„Z dzisiejszego kryzysu wyłoni się Kościół, który straci wiele. Stanie się nieliczny i będzie musiał rozpocząć na nowo, mniej więcej od początków. Nie będzie już więcej w stanie mieszkać w budynkach, które zbudował w czasach dostatku. Wraz ze zmniejszeniem się liczby swoich wiernych, utraci także większą część przywilejów społecznych. Rozpocznie na nowo od małych grup, od ruchów i od mniejszości, która na nowo postawi wiarę w centrum doświadczenia. Będzie Kościołem bardziej duchowym, który nie przypisze sobie mandatu politycznego, flirtując raz z lewicą, a raz z prawicą. Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich. Wtedy ludzie zobaczą tę małą trzódkę wierzących jako coś kompletnie nowego: odkryją ją jako nadzieję dla nich, odpowiedź, której zawsze w tajemnicy szukali” – Joseph Ratzinger

Słowa te mają już ponad 50 lat i moim zdaniem są bardzo aktualne. Wystarczy zobaczyć jak często widzi się nagonkę na Kościół, księży czy samych nas – wierzących. Nawet nie wiem już, ile razy próbowałem w Internecie wchodzić w polemikę na ten temat. Często dochodziłem po tym do wniosku, że nie było warto, bo tak naprawdę ciężko porozmawiać (szczególnie jeśli chodzi o tak złożone problemy) na poziomie, zamykając się w tak małej liczbie znaków. Jednak z drugiej strony widzę, że często umacnia to moją wiarę.

Ale do rzeczy. Chciałbym przedstawić krótkie przemyślenia o kondycji dzisiejszego Kościoła oraz naszej, katolickiej tożsamości.

Pierwszą rzeczą jaką poruszę jest wkradający się wszędzie relatywizm. Jak często chcemy wszystko teraz sprowadzić do zasady, że jestem niezależny, więc wszystko mi wolno. Jednak przez to bardzo często idziemy na skróty i pozwalamy na rzeczy, które nie powinny mieć miejsca, a przez to niektóre rzeczy mogą zubożeć, w perspektywie wiary – możemy zacząć zacierać granicę między sacrum a profanum.

Weźmy na tapet liturgię. Eucharystia, która powinna stanowić wielką i piękną tajemnicę, często odprawiana jest szybko i niedbale z nierzadko nieprzestrzeganymi przepisami liturgicznymi. Zapominamy czym ona tak naprawdę jest i „odhaczamy” raz w tygodniu z obowiązku. Zawsze, gdy o tym pomyślę to przypominają mi się słowa św. Franciszka – „Miłość nie jest kochana”.

Wspomnę też o tym, że często powtarzamy, że to Bóg jest dla nas najważniejszy, a dwa zdania później dodajemy „no tak, ale zapominam się modlić, ciężko mi to robić regularnie”. Czy to się nie wyklucza?

Wydaje mi się, że obecnie ludzie bardzo często wymagają, żeby cały czas działy się wielkie rzeczy (słynne pościgi i wybuchy), co przy braku cierpliwości i oczekiwaniu natychmiastowych wyników daje dość niebezpieczne połączenie. Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że coraz bardziej do Kościoła wpycha się ruch pentekostalny (jako że jest to temat bardzo złożony i wywołujący niemałe poruszenie, to tutaj się w niego nie zagłębię).

Pamiętajmy, że wiara ≠ emocje. Owszem, emocje mogą nam pomagać w przeżywaniu wiary, ale nie możemy się opierać tylko na nich, bo gdy przyjdzie gorszy czas, a na pewno przyjdzie, to możemy znaleźć się w bardzo dużym dołku. A to właśnie te słabe chwile, moim zdaniem, definiują naszą wiarę. Nie wielkie „uzdrowienia”, a to jak niesiemy ten krzyż, jaki dostajemy na każdy dzień.

Kończąc, zachęcam wszystkich (którzy tu dotrwali 😉 ), żeby zastanowić się, czemu nie ma w nas na co dzień radości z bycia chrześcijaninem, z przebywania w Jego obecności. Jest to naprawdę powód do dumy! Owszem, bywa ciężko, ale właśnie to jest piękne.

Przemek, MF Tau Wrocław

2020-02-20T19:21:15+01:00