Wielką rzeczą jest być małym

Thomas Merton, nieżyjący już trapista, myśliciel. Napisał wiele o kontemplacji, modlitwie i poszukiwaniu Boga. Przeczytanie jego książki pt. „Nikt nie jest samotną wyspą” pobudziło mnie do refleksji. Autor książki z perspektywy człowieka współczesnego pisze o życiu duchowym. Wiele zagadnień poruszanych w tej książce było dla mnie niczym otwarcie oczu. Opiszę jedno z tych olśnień.

Moim ogromnym problemem, odkąd pamiętam było „tonięcie w obowiązkach”, tzn. poświęcanie się swojej pracy bez reszty, często kosztem bliskich relacji, odpoczynku, snu i zdrowia. Od dawna czułam, że coś nie działa. Bo z jednej strony jako perfekcjonistka chciałam mieć wszystko idealnie dopracowane, bo przecież to, co robię o mnie świadczy, ale z drugiej strony odczuwałam wtedy jedynie chwilową satysfakcje, zadowolenie, nawet częściej niezadowolenie, bo jednak czegoś nie udało się zrobić perfekcyjnie. Merton idealnie podsumował moje przypuszczenia, że taki tryb pracy uzależniony od osiąganych wyników totalnie nie ma sensu. Tryb pracy jaki reprezentowałam skupiał się na mnie, na moich możliwościach i osiągnięciach. Zawsze gdzieś na końcu tego wszystkiego mówiłam sobie, że później pomodlę się, pójdę do kościoła, pobędę z Bogiem, jednak półświadomie izolowałam Go od moich zajęć. Był on celem nie drogą. Metron pisze: „Wszystkie te zamierzenia i odrobione prace służą chwale Bożej, ale stoją przed nami jak słupy milowe wzdłuż szosy wiodącej do niewidzialnego celu. Bóg zawsze znajduje się u jej końca. Ale jest zawsze przyszłością, nawet jeżeli jest obecny.” Najprostszą receptą na to jest oddawanie Bogu wszystkich rezultatów swojej pracy. Należy pracować najlepiej jak się potrafi, jednak z pokorą akceptować swoje ograniczenia jakie stawia nam nasz organizm, ponieważ one również są wolą Stwórcy.

Ciągła gonitwa za osiąganiem celów, ogromne skupienie na sobie, budowanie poczucia własnej wartości na tym, co się robi i przepracowanie wprowadziły mnie w ogromy stres i niepokój, że ciągle muszę coś robić, czymś się martwić, coś planować, jakiś problem rozwiązać. Dopiero moment, w którym doświadczyłam wyczerpania moich zasobów, sił i jednoczesny wewnętrzny przymus, że przecież wszystko musi być ogarnięte, skierowały mnie na Boga. On stał się początkiem moich sił, treścią oraz celem tego co robię. Od tego czasu pracuję mniej, wymagam od siebie mniej, nie chce już być tą najlepszą w mojej dziedzinie, staram się nie skupiać na sobie. Pracuje bez oczekiwania nagrody czy spełnienia. Wszystko zaczynam modlitwą. Na koniec przytoczę fragment, do którego lubię wracać: „Wielką rzeczą jest być małym, bo to znaczy być sobą. A gdy staniemy się naprawdę sobą, tracimy prawie zupełnie to błahe zainteresowanie własną osobą, które każe nam bezustannie porównywać się z innymi w celu potwierdzenia własnej wielkości.”

Paulina Nycz, MF Tau Częstochowa

2020-11-10T17:38:34+01:00