Rozglądając się za światłem w codzienności – nieustannie poszukując Boga, znalazłam go w drugim człowieku… i w sobie. Okej… – długo się zastanawiałam, co mam napisać. Co napisać, żeby nie przesadzić, wyrazić to, co czuje, nie zakładając żadnych masek. Kwarantanna zmusiła mnie do wyjścia na pustynie. Wyjść na pustynię to wejść w siebie, w swoją głębię. Paradoksem naszej współczesnej zachodniej cywilizacji jest to, że z jednej strony żyjemy w nieustannym rozproszeniu, uciekając od siebie, a z drugiej jest w nas poszukiwanie. Niektórzy nazywają to poszukiwaniem środka. W kręgu literatury europejskiej czy amerykańskiej był mit podróży na wschód: „znalezienia środka”, który miał być gdzieś tam na Wschodzie, w Tybecie, czy gdziekolwiek indziej. Środek ciebie nie znajduje się na Wschodzie, ani na Zachodzie; jest on w tobie. Głęboko pod pokrywą lodu i ognia duszy ludzkiej jest Chrystus. Chrystus, który jest wszystkim w nas, podczas gdy my nic nie mamy. Jest On spoiwem łączącym każdego człowieka. W sercu człowieka jest nieustanna tęsknota za Bogiem, która jest zastępowana różnymi rzeczami, aby zapełnić tę pustkę. Często jest tak, że Bóg schodzi z wysokości, żeby znaleźć człowieka. Jak Rut z klepiska(Rt 3,6-7), kiedy dojdzie się do kresu każdego ze swoich prób nasycenia (taką miłością, takim ,,szczęściem”), człowiek musi zdać sobie sprawę, że to nie to. Bóg wie, że żeby odkryć jego prawdziwą wartość, to kim naprawdę jest, musimy zrozumieć że, NIC nie jest w stanie nas zaspokoić („Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”- św. Augustyn). Uczę się kochać Boga za to że jest, nie za Jego dary, tylko za to, że mnie pierwszy pokochał. Czemu mam być mu dłużna (w tej miłości nie jest wymagana wzajemność). Do miłości się dojrzewa, jak czytamy w Pieśni nad Pieśniami- ,,…nie budźcie ze snu, nie rozbudzajcie ukochanej, póki nie zechce sama .”
Oo… dobra, kurka. Opowiem historie o mojej babci i o jej pietruszce. To była dla mnie najpiękniejsze i najmocniejsze spotkanie z Jezusem w drugim człowieku. Warto zacząć od tego, że moja babcia to urodzony ogrodnik. Tyle, ile się nasłuchałam w moim życiu, w sumie ja i moja rodzina, na temat tego jak sadzić rzodkiew, żeby uzyskała kształt godny rzodkiewki to nie da się zliczyć. Nikt oprócz mojej babci nie zdradził mi tylu tajników uprawy marchwi, jak i zakupów dobrych nasion na Promenadzie (to takie targowisko w Częstochowie). Pewnego wieczoru byłam kompletnie zbita, nie chciało mi się nic. Najchętniej to bym wlazła w najbliższe krzaki i nie wyłaziła. Ogółem byłam zła na wszystko, bo znowu straciłam Boga z oczu i nie wiem, gdzie znowu uciekł, mimo że przed chwilą pukał do moich drzwi (Pnp 5,6). Kiedy już namierzyłam te idealne krzaki zawołała mnie babcia. Ja dodatkowo już zdenerwowana, myślę: ,,O super… kurka… jeszcze kolejna historia tego mi brakowało”. Jednak widząc ją siedzącą jak zwykle przed ogródkiem dostrzegłam w niej coś… niecodziennego. Gdy przed nią stanęłam, pierwszy raz w życiu zrozumiałam bardzo dogłębnie, że w niej jest Bóg. Przysięgam, to była najlepsza rozmowa w moim życiu… o pietruszce. Babcia jak zwykle zaczęła robić wywód o tym jak ciężko w ten czas o dobre nasiona itd. Jednak każde jej słowo, gest, czy spojrzenie było dla mnie czymś niezwykłym, choć na pierwszy rzut oka codzienność jak codzienność. To wszystko prowadziło do tego, że czułam się niezmiernie kochana i szczęśliwa. Zdanie: ,,Jak trudno w tych czasach odnaleźć dobre nasiona” kojarzy się z tym stwierdzeniem Danuty Siedzikówny – ,, powiedzcie babci, że zachowałam się jak trzeba”. To jak dla mnie powiedzieć: babciu odnalazłam dobre nasiona.
Emilka Żurawska, MF Tau Częstochowa