Jestem obecnie studentką 3 roku pielęgniarstwa, za pół roku zacznę pracę (a przynajmniej taką mam nadzieję) w zawodzie. Ta droga w moim życiu nie zaczęła się z głębokiego powołania czy pragnienia, bo nawet nie brałam tego pod uwagę wybierając kierunek studiów, ale pod namową mamy spróbowałam. O ile początek, pierwsze miesiące na uczelni, w obcym mieście, były bardzo ciężkie, tak po pierwszych praktykach czułam, że jestem tu gdzie powinnam. Czym stało się dla mnie pielęgniarstwo na przełomie tych 3 lat i co dzięki niemu zyskałam? Bardzo wiele.
Przede wszystkim nie odnalazłabym się w tym co robię, gdyby nie moja wiara i wspólnota, dzięki której mogę w tej wierze wzrastać. Dla mnie pielęgniarstwo to głównie szukanie Pana Boga wciąż na nowo, każdego dnia, w każdym spotkanym pacjencie, który czasem jest tylko kolejnym chorym, a czasem staje się kimś, do kogo potrafimy się przez te kilka dni przywiązać i nawiązać pewnego rodzaju relacje.
Co 3-4 tygodnie zmieniam oddział, na którym odbywam praktyki i są to przeróżne oddziały, począwszy od pediatrii, aż do geriatrii (opieka nad osobami starszymi). Pierwsze z nich to głównie zajęcia z seniorami, gdzie uczymy się pielęgnacji, opieki, wrażliwości i uświadomienia sobie, ile dla tych ludzi znaczy nasza pomoc, jak bardzo są oni często od nas uzależnieni, często pozostawieni w domach opieki sami sobie. Jesteśmy dla nich „siostrami”, które są z nimi przez cały dzień lub noc, na każde zawołanie, często tylko po to, by ich wysłuchać lub pobyć, bo dla nich to najlepsze lekarstwo. Dla mnie osobiście bardzo ujmujące jest to, kiedy właśnie Ci starsi ludzie mówią jeszcze do pielęgniarek per „siostro”. To pokazuje jak ogromna jest nasza rola. Oczywiste jest to, że bywają ciężkie momenty, pełne wątpliwości, spotkania się ze śmiercią pacjenta, do którego się poniekąd przywiązaliśmy, nasza fizyczna słabość, ale wtedy przypominam sobie te oczy wdzięcznych pacjentów, ich uśmiech, uścisk dłoni i takie szczere „dziękuję”. Wielokrotnie w tych trudnych momentach myślałam o tym, co zrobiłby Jezus, przecież On też służył bliźnim, uzdrawiał chorych na duszy i ciele, ale nigdy nie zwątpił w sens tego, co robił.

Staram się widzieć w tych cierpiących ludziach Jezusa, któremu mogę służyć, choć w maleńkim stopniu być podobna do Niego, ofiarować siebie innym i czuć dzięki temu spełnienie. Jestem przekonana, że gdyby nie Bóg już dawno bym się poddała, ale On wie co zrobić, by pokazać mi, że wie lepiej jak poprowadzić moje ścieżki. Niedawno przeżywałam wielki kryzys mojej wiary i miejsca w życiu, w którym obecnie się znajduje. Postawił wtedy na mojej drodze pacjentkę, której przypadek opisuje w swojej pracy licencjackiej. Podczas jednej z rozmów, powiedziała mi takie słowa: „Ja nie płacze z powodu raka, bo taki Pan Raczek (tak nazywa swój nowotwór) nie jest wystarczającym powodem dla moich łez. Jak tylko usłyszałam diagnozę, od razu powiedziałam, że ja to oddaje Panu Bogu, z pełną ufnością przyjmę to, co dla mnie ma, bo On wie najlepiej co jest dla mnie dobre.” To tak bardzo dało mi do myślenia. Zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na swoje życie i na to, jak przeżywam trudniejsze chwile. Zaczęłam rozumieć, że przecież całe moje życie jest w Jego rękach, że on znał mnie i całe moje życie, zanim przyszłam na świat i że przecież mnie bardzo kocha, więc nie da zrobić mi krzywdy. Jej świadectwo pokazało mi jak mocna jest wiara tej kobiety, nawet w obliczu takiej choroby, a jak często ja poddaje wątpliwości Jego obecność przy pierwszej lepszej okazji, w której sobie nie radzę.
Spędzając dużo czasu w szpitalu widzę, że nie tylko mi wiara pomaga, ale również tym chorym. Jak często spotykam widok różańca czy obrazka z jakimś świętym przy szpitalnym łóżku. Oni tego potrzebują. Kapłana, który przychodzi każdego dnia z Eucharystią, sakramentem pokuty; możliwości pójścia do szpitalnej kaplicy, by tam się móc pomodlić i oddać swoje cierpienia i lęki Bogu.
Odpowiadając na pytanie zadane sobie na początku, dzięki pielęgniarstwu nauczyłam się empatii, pokoju w sercu i pokory, miłości do bliźniego i wiary, którą staram się pogłębiać coraz bardziej. Stałam się bardziej wrażliwa na ludzkie cierpienie, nauczyłam się cieszyć i żyć teraźniejszością, chociaż bywają momenty słabości. Chciałabym podążać tą drogą zgodnie ze słowami Jezusa:
„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25,40)
Was natomiast jedynie proszę o modlitwę, bym nie ustała w dalszym rozwoju duchowym i naukowym, bym mogła coraz lepiej zajmować się napotkanymi na mojej drodze cierpiącymi, chorymi i potrzebującymi.
Małgosia Blicharska, MFTau Kraków