Wakacje zawsze stanowiły dla mnie czas podsumowań, rozważań, planowania. Tegoroczne są pod tym względem wyjątkowe. Nigdy wcześniej nie byłam tak bardzo pogodzona ze swoja niezdolnością, ułomnością, jednocześnie czując ogromne uspokojenie. To w tym roku zaczęłam z odwagą realizować swoje marzenie związane z drogą zawodową, o którym bałam się marzyć. Bałam się czuć, że mi na tym zależy, bałam się o tym mówić na głos, żeby nie zostać rozliczoną. To była i nadal jest dla mnie przestrzeń, która zawiera najwięcej przeciwności, niepewności, nieumiejętności. Bałam się, że popełniam błąd rezygnując z innych możliwości, które przychodzą mi z łatwością, są oczywiste, mam nad nimi kontrolę. Bałam się, że zrobię coś wbrew Panu, że przez swój egocentryzm, źle wybiorę. Nosiłam w sobie ogromne poczucie winy.
Teraz widzę, że wszystko sprowadzało się do przerażenia własną słabością i niewystarczalnością. Teraz też wiem, że właśnie taką wybiera mnie Bóg. Mogę taka być, bo to On wystarcza. Uczę się nie zważać na swoje siły, ale na Jego możliwości. To pozwala na nieskończenie większe poczucie spełnienia niż bożek kontroli.
Przykrycie własnej nieudolności mocą Zbawcy daje ogromną wolność od ciągłego udowadniania własnej wartości, która często zamiast na aprobacie Boga opiera się na wewnętrznej dezaprobacie.
Wszyscy otrzymaliśmy zadania, w których nie chodzi o nas, lecz o coś znacznie większego. Trzeba rozstrzygnąć czyją chwałę budujemy – swoją, czy Stwórcy. Często z powodu porównywania się do innych, umniejszamy naszym działaniom, aż w końcu zaczynają one wydawać się nieistotne. To okrada nas z radości posłuszeństwa.
Dla mnie bardzo pomocnym okazał się czas poświęcony sobie. To było trudne doświadczenie, ponieważ przez skupienie uwagi wokół samej siebie miałam poczucie, jakby egoizm rozlewał się hektolitrami. Przyjęłam jednak, że to jeden z etapów. Czas na poznanie swojego ego, by potem móc wyzbyć się go dla Boga. Okres odkrycia otrzymanych surowców, by wiedzieć, co mogę dawać.
Zastanowienie się nad perspektywą świadomego wykorzystania posiadanych zasobów może okazać się najważniejszą rzeczą, jaką zrobimy. Myślę, że celem autoanalizy nie jest wewnętrzne spełnienie, choć jej efektem ubocznym może być zadowolenie. Chodzi bardziej o zrozumienie Bożej historii i swojej w niej roli.
„Wszystkim zaś objawia się Duch dla wspólnego dobra” (1 Kor 12, 7).
Popatrzmy na przeszłość, ale nie po to by się w niej zatracać, ale by odnaleźć braki. Poprzez swój ból uzdrowimy świat. „Pogrzebmy”, aby znaleźć najbardziej urodzajną glebę, którą jest zgnilizna naszego życia. Dzieje się tak, bo chcemy dać innym to, czego sami nie otrzymaliśmy. Pan oddziałuje poprzez niedosyt.
„Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity”. (J 12, 24)
W naszym życiu wybuchają płomienie, które mogą oświecać lub niszczyć – my decydujemy jaka będzie ich rola.
Często zastanawiam się czy wypełniam Jego wolę. Jednak ważniejszym pytaniem jest: czy jestem gotowa ją wypełniać? Moja ulubiona definicja powołania mówi, że jest ono działaniem, dzięki któremu w sposób najlepszy z możliwych okazujemy miłość. I właśnie w tym kluczu patrzę na wszystko, czego się podejmuję. Głęboko ufam, że Pan Bóg nie bez przyczyny dopuszcza do głosu nasze wewnętrzne pragnienia. W czasie wątpliwości warto spoglądać na motyw w swym sercu. Jeśli widzimy, że chcemy coś zrobić dla Niego, to po prostu działajmy! Wyjdźmy poza ograniczenia, a On uzdolni. Kreatywny Bóg ma niewyczerpalną liczbę ciekawych pomysłów, aby objawiać się za pośrednictwem ludzi stworzonych na Jego podobieństwo. Zsyła Ducha, aby Ten podsuwał wyjątkowe wizje, które wpłynął na świat w piękny sposób.
Marta Śniegocka