Zapraszamy do przeczytania relacji z wyjazdu Monte Casale wspólnoty z Nowej Soli! Miało ono miejsce w dniach 19-23 stycznia. Szczegóły poniżej:
19 stycznia, sobota
Nadszedł w końcu ten dzień! Wszyscy zwarci i gotowi z samego rana spotkaliśmy się na dworcu, aby we wspaniałym gronie wyruszyć na Monte Casale. Podróż, choć parogodzinna, wcale nam się nie dłużyła. W końcu kto nie lubi rozwiązywać w wolnym czasie zadanek z chemii? Gdy wreszcie dotarliśmy w miejsce docelowe, czyli do Krakowa Olszanicy, postawiliśmy na totalny luz. Wieczór spędziliśmy grając w gry, tańcząc i po prostu się bawiąc. Oczywiście nie zabrakło również miejsca na modlitwę – na samym początku udaliśmy się na adorację, aby zawierzyć Jemu ten czas.
20 stycznia, niedziela
Spędziliśmy poranek (do popołudnia) w piżamkach. Modliliśmy się, jedliśmy śniadanie, a także wspólnie oglądaliśmy „Króla lwa”. Niestety nadszedł moment, w którym musieliśmy się ubrać i wyjść… Resztę dnia spędziliśmy więc na zwiedzaniu muzeum MOCAK, na Starym Mieście oraz na kolędowaniu w kościele u Jezuitów, gdzie oglądaliśmy naszą siostrę z krakowskiej wspólnoty, która świetnie radziła sobie w chórze!
21 stycznia, poniedziałek
Wszyscy wstaliśmy, gdy za oknem jeszcze było ciemno. Wyrzekliśmy się nawet śniadania… Wszystko po to, aby jak najszybciej dotrzeć do Zakopanego! Wybraliśmy się w góry i choć trasa była oblodzona, a miejscami wąska, to jednak udało się nam wspiąć na Halę Gąsienicową, a co poniektórym nawet i na Czarny Staw Gąsienicowy. Trzeci poziom zagrożenia lawinowego nie był nam wcale straszny! Zejście było o wiele łatwiejsze, ale i tak trudno zliczyć ilość przytuleń śniegu twarzą.
Po zejściu nadszedł czas na obiad na Krupówkach. Zmęczeni i przede wszystkim szczęśliwi wróciliśmy do Krakowa.

22 stycznia, wtorek
Oświęcim, czyli Auschwitz-Birkenau.
To było bardzo ciekawe przeżycie. Choć miałem okazję odwiedzić to miejsce już dwa razy, to jednak wcześniej nie przeżyłem tego tak dojrzale jak teraz. Droga do Oświęcimia upłynęła nam na żartach i śmieszkowaniu.
Jednak moment przejścia przez drzwi i wejścia na trasę zwiedzania momentalnie ściągnął uśmiech z naszych twarzy. Wyraz twarzy braci i sióstr ze wspólnoty i ich powaga mówiła, z jak wielkim szacunkiem i świadomością podchodzą do tego miejsca. Zafascynowała mnie ta cisza. Jakby po tylu latach tego cierpienia, które się tam wydarzyło, cisza była ulgą dla tego miejsca. Czy potrafimy cieszyć się, dziękować Panu Bogu właśnie za taką ciszę? Miejsce, w którym działała czysta nienawiść. Miejsce, które miało niszczyć miłość… W takim miejscu, gdzie może paść stwierdzenie, że Boga nie ma, że w tym miejscu nie spotka nas żadne miłosierdzie. W takim piekle może narodzić się miłość. I to dla mnie jest niesamowita moc Pana Boga.
Zafascynowała mnie historia, może słyszana już wiele razy, jednak w tamtej chwili zobaczyłem ją z innej strony… Święty Maksymilian Kolbe, który oddał życie z miłości, w miejscu gdzie miało jej nie być. To niesamowite, że dając przysłowiowego liścia diabłu, Bóg pokazuje, że taka nienawiść nie zatrzyma Jego Miłości, a wręcz sprawi, że Miłość się rozmnoży. Czy może i my w swoich sercach mamy obozy koncentracyjne? Może obozy śmierci? Czy dopuszczamy Jego Miłość? Czy robimy miejsce dla drugiego człowieka? To miejsce zmusza do refleksji. Pokazuje, że jest na świecie większe cierpienie niż nasze własne. A przede wszystkim, że jest osoba, która tylko czeka na naszą Miłość, bo przecież „Jesteśmy drugiemu winni TYLKO i AŻ Miłość”.
23 stycznia, środa
Środa, czas wesoły, bo nie idzie się do szkoły!
Niestety nie do końca… Po leniuchowaniu do południa, podczas którego świetnie się bawiliśmy, nadszedł czas, aby zakończyć nasz wspólnie spędzony czas… Pożegnaliśmy się z Krakowem i wróciliśmy do domu, w sercu żywiąc cichą nadzieję, że kolejne Monte będzie równie udane.

Bracia i Siostry z Nowej Soli