W.w.j.d. – przeprowadzone przeze mnie baczne obserwacje mfowskich nadgarstków oraz lata dokładnych badań i analizy wykazały, że całkiem spora liczba członków naszej wspólnoty nosi opaski z tym właśnie napisem. Przesłanie niby głębokie, ale jednak napis to napis – czasem trochę bardziej zwracamy uwagę na jego znaczenie, czasem trochę mniej.

Wszyscy dobrze wiemy, że powinniśmy postępować jak Jezus, a przynajmniej zastanowić się, co On zrobiłby na naszym miejscu w danej sytuacji, co niejako, zaraz obok mówienia innym o Bogu, jest sensem bycia chrześcijaninem, a co za tym idzie ewangelizacji, do której my wszyscy, jako wierzący, jesteśmy wezwani. Jak jednak wygląda, a jak powinno to wyglądać w życiu: w domu, w szkole, czy w każdym innym środowisku, w którym mamy okazję się znajdować?

Prawdą jest to, iż w dzisiejszym postmodernistycznym świecie podejście do wiary i ogółu życia jest zgoła inne niż kiedyś. Razem z czasami zmieniła się też ludzka mentalność: nauczyliśmy się nieufności w stosunku do ludzi, którzy obiecują nam coś dobrego, a już szczególnie w aspekcie wiary – czymś niesamowicie intymnym dla każdego z osobna. Nie pomaga także nasze wysublimowane pojęcie szacunku do drugiego człowieka – nie chcemy przecież nikomu niczego narzucać, ani przekonywać do swoich idei.

Pozostaje więc pytanie: jak przekazać Dobrą Nowinę ludziom, którzy albo nie wiedzą o Bogu, albo nic od Niego nie oczekują?

Najważniejszym aspektem jest tutaj nasza osobista więź z Jezusem. Ewangelizowanie ludzi dookoła paradoksalnie powinno zacząć się od siebie samego. Prawda jest taka, że to przede wszystkim swoim życiem, naśladowaniem Chrystusa, a nie wypowiadanymi słowami świadczymy o prawdzie zmartwychwstania. Wiara daje nam pewność że jesteśmy kochani od zawsze i na zawsze, a także radość – to sprawia, że Chrystus staje się wiarygodny, a nawet jawi się jako antidotum na wszelki ból, smutek, czy rozczarowania dnia codziennego. To z kolei bardzo często jest tym „czymś”, czego wielu ludziom w życiu brakuje – poczucia bezinteresownej miłości, bez względu na ich błędy i potknięcia.

Powołaniem nas – chrześcijan, którzy idąc śladami Chrystusa powinniśmy kochać i przyjmować wszystkich bez wyjątku, a nie wybierać sobie osoby, które chcemy kochać, także jest ta właśnie bezinteresowność, świadcząca drugiemu człowiekowi o obecności Boga w naszym życiu. To przede wszystkim ona mówi za nas.

Oczywiście, jak to często bywa, pojawiają się sytuacje, w których mowa staje się niezbędna, szczególnie wtedy, gdy ktoś mocno kwestionuje wiarę.  W takich wypadkach trzeba pamiętać o słowach, które wypowiedział św. Augustyn: „Jeśli mówisz, mów z miłości. Jeśli upominasz, upominaj z miłości. Jeśli przebaczasz, przebaczaj z miłości”. Nikt nie lubi, gdy się go atakuje, a szczególnie w tak intymnym temacie – bycie agresorem w tym (czy tak naprawdę w jakimkolwiek innym) wypadku to zły pomysł. Najlepszym, co możemy zrobić jest odpowiedzenie miłością na nienawiść – dokładnie tak, jak zrobiłby to Jezus.

Ewangelizować to nie znaczy przede wszystkim mówić komuś o Bogu, ale na znacznie głębszym poziomie uświadomić mu, jak cenny jest w Jego oczach, świadcząc o tym własnym życiem i postępowaniem. Żyć tak, by nie mówić ludziom o Bogu gdy nie pytają, ale sprawić, żeby sami zaczęli pytać. Nawet jeśli nie uda się kogoś przekonać do wiary, zawsze lepiej pozostawić w nim pozytywne wspomnienia na temat naszej osoby, choćby dla własnej satysfakcji. Pamiętajmy też, że dla wielu ludzi będziemy jedyną Biblią, jaką przeczytają.

 

                                                                                                                Natalia Surmacz