Wspominamy św. Jana Pawła II. Człowieka, którego nie da się określić, opisać jednym zdaniem. Kogo również zapytać, żeby go lepiej poznać, zrozumieć? Tylko przyjaciół! Poniżej można przeczytać obszerny reportaż z udziałem p. dr Wandy Półtawskiej i jej męża. Kto miał okazję ją poznać, wie że warto. No chyba, że ktoś samego papieża poznał osobiście…

Poznali się przy konfesjonale. W dniu święceń biskupich nazwał ją siostrą i tak już zostało. Była pewnie jedyną kobietą, do której w listach pisał „Kochana Dusiu”. Przyjaźń Wandy i Karola trwała ponad pół wieku.

W tym czasie pracowali razem, rozmawiali, modlili się wspólnie i… wędrowali po górach. Co roku. Dopiero w 1978 ich wspólne wakacje zostały przerwane. Szóstego sierpnia przy śniadaniu Karol Wojtyła powiedział Wandzie i jej mężowi Andrzejowi: – Nigdy mi się nic nie śni, a dziś śnił mi się papież Paweł VI i kiwał na mnie.

Jakie imię weźmiesz

Po śniadaniu ruszyli w góry. Padał deszcz. Doktor Półtawska pamięta, że trzymała nad kardynałem pelerynę, żeby mu się podczas modlitwy brewiarz nie zamoczył. Po południu z radia dowiedzieli się, że Paweł VI umarł. Wojtyła wyjechał do Warszawy, a potem na konklawe do Rzymu. Nie przewidywał pewnie, że za niecałe dwa miesiące będzie się z Półtawskimi żegnał raz jeszcze, już po odejściu Jana Pawła I.

– Wiadomość o śmierci papieża była dla nas wszystkich zaskoczeniem – wspomina Wanda Półtawska. – A on powiedział do mnie wtedy: Myślałem, że mam więcej czasu. Zapytałam go wprost: Jakie imię weźmiesz jako papież? Andrzej, mój mąż na to, spokojnie: Jak to jakie, Jan Paweł II, przecież to logiczne. On nie odpowiedział.

O wyborze Karola Wojtyły na papieża pierwszy dowiedział się z radia Andrzej Półtawski. Poszli z żoną na mszę do kościoła Mariackiego. Ich nastroje były trochę inne niż reszty krakowian.

„Tłum ludzi szaleje, bije Zygmunt. Jak dalej żyć?” – zapisała w notatkach Wanda Półtawska. Nazajutrz rano zadzwonił do nich papież. Mówił krótko: Przyjedźcie. 20 października o 4.00 rano wsiadają do autokaru, jadą do Rzymu.

To, co stało się latem i jesienią 1978 roku, było kulminacją przyjaźni rozpoczętej niedługo po wojnie w Krakowie.

Wanda (wtedy Wojtasik) przyjechała tu z Lublina. Za sobą miała cztery lata Ravensbrück, a po powrocie z obozu trudne rozmowy z matkami koleżanek, które w lagrze nie przeżyły ciężkich medycznych eksperymentów. Pod wpływem obozowych przeżyć Wanda Półtawska porzuciła myśli o studiowaniu polonistyki i wybrała medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jednocześnie chodziła na zajęcia z psychologii, nauk politycznych i na wykłady z filozofii św. Tomasza do dominikanów.

Wciąż jednak dręczyły ją wątpliwości, czy człowiek jest zdolny do dobrego życia, a nie tylko do nieskoordynowanych odruchów biologicznych, czy może być wewnętrznie wolny. Szukała spowiednika, który pomoże jej rozwikłać te problemy. Zaprzyjaźniony ksiądz z Lasek podpowiedział jej Wojtyłę.

Ten ksiądz mnie rozumie

Kiedyś klęczała przed czarnym krucyfiksem w kościele Mariackim obok wejścia, którym on wszedł do kościoła. Nie była przygotwana do spowiedzi, ale poszła do jego konfesjonału jak przyciągana magnesem.

– Nie stało się nic nadzwyczajnego, ale sposób podejścia, ton i treść tego, co mówił, było trafieniem w to, o co mi chodziło – wspomina Wanda Półtawska. – Od razu miałam pewność: wrócę do tego księdza, bo on rozumie.

Na koniec rozmowy spowiednik kazał jej przyjść rano na mszę św., a właściwie przychodzić codziennie. Doktor Półtawska do dziś stara się każdego dnia korzystać z tej rady sprzed lat.

Przyjaźń rozwijała się. Ale nie od razu możliwe były wspólne wycieczki po górach. Półtawscy mieli małe dzieci (cztery córki), więc z ks. Karolem wędrował głównie pan Andrzej.

Pewnego razu wyznał księdzu, że jego żona ma za sobą obóz. Wojtyła nie miał wątpliwości: ona siedziała tam za mnie. Wanda stała mu się jeszcze bliższa.

Kiedy ks. Wojtyła w 1958 był święcony na biskupa, Półtawskim udało się mimo tłumu przepchnąć do zakrystii, by złożyć mu życzenia. Kiedy, dziękując, serdecznie ich wyściskał, jakaś starsza pani stojąca obok zapytała: To siostra? Biskup potwierdził. Odtąd pod listami do niej podpisywał się: Brat. Tych listów były w ciągu lat setki. Także z Watykanu.

W październiku 1962 roku Wanda zapada na nowotwór. Jest gotowa na śmierć. Ponieważ najmłodsze córki mają dopiero cztery lata, planuje wziąć bezpłatny urlop, by przez cały okres rakowego przedłużonego konania – jak pisze o swoim stanie – być z nimi razem.

Karol Wojtyła jest wtedy w Rzymie na obradach Soboru Watykańskiego II. W listopadzie pisze kolejny list do swej pogodzonej ze śmiercią przyjaciółki. Namawia ją, by do końca walczyła o życie i koniecznie poddała się operacji: „Droga Dusiu – pisał biskup – obowiązek walki o życie i zdrowie nie sprzeciwia się w niczym oddaniu się Panu Bogu do dyspozycji (…). Jeżeli wolą Bożą po wyczerpaniu wszystkich środków będzie co innego, wówczas ta dominująca postawa jest w pełni aktualna, przedtem nie”.

Dr Wanda decyduje się na operację, choć boi się, że po niej stanie się kaleką.

Nie prosiłam o cud!

Dokładnie tydzień później – 17 listopada 1962 – Karol Wojtyła swoją nienaganną łaciną pisze kolejny list. Tym razem adresatem jest stygmatyk z San Giovanni Rotondo, ojciec Pio. Biskup z Krakowa prosi go o modlitwę w intencji ciężko chorej 40-letniej matki czworga dzieci z Krakowa i jej rodziny. Dwa dni później, w poniedziałek, Wanda Półtawska idzie do szpitala. Operacja jest zaplanowana na piątek.

W czwartek nieoczekiwanie ustępują dolegliwości. Pacjentka sądzi na początku, że podano jej silne środki przeciwbólowe. Ale badanie nie zostawia wątpliwości. Owrzodzenie zniknęło. Nie ma raka.

„Nie śmiem powiedzieć, że to cud – zapisuje w notatkach Wanda Półtawska – cudowne uzdrowienie, przecież to mnie tak nieprawdopodobnie zobowiązuje. Ja nie mogę tego przyjąć. Odsuwam tę myśl. Ja nie modliłam się o zdrowie! To nie ja uprosiłam! (…) Gdy Chrystus czynił cuda, ludzie byli przerażeni, teraz to rozumiem. Musieli się bać”.

A Karol Wojtyła znów pisze listy. Krótszy, lakoniczny, z podziękowaniem do o. Pio. Po przeczytaniu zakonnik każe jednemu ze współbraci starannie schować oba listy od krakowskiego biskupa, „bo one kiedyś będą bardzo ważne”.

Dłuższy, serdeczny tekst dostają Półtawscy. „Trzeba umieć jakoś tę łaskę wporządkować w swoje życie – pisze bp Wojtyła – powoli odkrywając coraz głębiej jej znaczenie w całości życia i powołania. (…) Powiem ci, Dusiu (to Cię może ucieszy), że takie stopniowe wporządkowanie w życie tego, co w nim otrzymujemy, jest może nawet ważniejsze od doktoratu. Przy okazji bardzo serdecznie gratuluję mieszkania: wreszcie będziecie mogli być u siebie z wszystkimi, którzy muszą być u Was. (…) Bardzo serdecznie Was wszystkich pozdrawiam i całuję razem z dziećmi. Brat”.

Takich serdecznych listów pełnych troski o dzieciaki, które zresztą mówią do biskupa „wujku”, Wojtyła napisze do Półtawskich wiele. Obok bardzo poważnych treści duchowych, rad i tematów do refleksji (czasem pisanych po łacinie) pojawiają się w nich codzienne sprawy i informacje typu: skończyły mi się witaminy albo rutinoscorbin biorę.

A z o. Pio pani Wanda spotkała się w maju 1967. Kiedy kolejna choroba zmusiła ją do kuracji za granicą, lekarka pojechała po drodze do San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio odprawiał mszę św. o 5 rano. Mimo wczesnej pory tłum był taki, że Półtawska, wchodząc do kościoła, straciła wszystkie guziki. Nie mówiąc nikomu, kim jest, stanęła z przodu kościoła. Była tak blisko ołtarza, że kiedy na ułamek sekundy zsunęły się rękawy alby, którymi o. Pio zasłaniał dłonie, spod nich wysunęły się bandaże ze śladami świeżej krwi.

A kiedy po mszy zakonnik wychodził z zakrystii, podszedł wprost do Wandy Półtawskiej. Położył jej rękę na głowie i zapytał po włosku: Wszystko dobrze? Wyszła uspokojona, z przekonaniem, że cud za jego wstawiennictwem zdarzył się naprawdę.

Msza na plecakach

Przyjaźń z Karolem Wojtyłą najmocniej wybuchała podczas wakacji. Wspólne wędrówki po górach Wanda Półtawska nazwie potem beskidzkimi rekolekcjami. W ich trakcie oczywiście rozmawiali o Bogu i wierze, ale też wspinali się z plecakami na szczyty, pływali, nocowali w namiotach i czytali książki.

Andrzej Półtawski zajmował się podczas wypraw gotowaniem, jego żona zbierała leśne owoce i była lektorką książek. Bo do wakacyjnych zwyczajów należało głośne czytanie. Kiedy ona czytała jedną książkę głośno, Karol Wojtyła zwykle wodził oczami po stronach innego tomu. Nie przeszkadzało mu to w zapamiętywaniu treści obydwu.

Wanda Półtawska była też podczas wypraw ministrantką i zakrystianką dbającą o szaty i naczynia do mszy. Biskup Wojtyła odprawiał je w różnych miejscach: na pniu, na belce poddasza, na złożonych razem plecakach, a jeśli padał deszcz – w namiocie.

Przyjaciołom Wojtyła ofiarował swój czas, duchowe kierownictwo, dyskusje i dobre rady w różnych rozterkach. Sam mógł z bliska obserwować życie rodzinne, a poniekąd także w nim uczestniczyć.

„Ona zobaczyła w nim dojrzałą męskość kapłana i ojca, a zarazem współczującego brata” – pisze o relacjach swej żony z krakowskim biskupem Andrzej Półtawski. „On w miarę tak długiego kierownictwa i współpracy poznawał w niej kobiecość, co przy tak głębokim zainteresowaniu człowiekiem, zwłaszcza zaś sprawami rodziny i małżeńskiej miłości było niewątpliwie ważnym doświadczeniem dla wielkiego duszpasterza i teologa, a także filozofa i poety”.

Kiedy Karol Wojtyła stał się Janem Pawłem II, Wanda Półtawska już bez niego wędrowała po dawnych wspólnych szlakach. Papieżowi musiały wystarczyć listowne relacje.

Przyjaźń między nimi nie ograniczała się oczywiście tylko do wypoczynku. Wanda Półtawska, która w obozie była świadkiem zabijania dzieci zaraz po narodzeniu lub wrzucania ich żywcem do rozpalonego pieca, jest szczególnie wrażliwa na kwestie małżeństwa, rodziny i ochrony życia.

W szpitalu psychiatrycznym prowadziła badania tzw. dzieci oświęcimskich. Od 1969 roku na prośbę i za radą Karola Wojtyły zajęła się organizowaniem poradnictwa małżeńskiego i rodzinnego. Przez 42 lata wykładała medycynę w Akademii Papieskiej w Krakowie. Przez 33 lata kierowała Instytutem Teologii Rodziny, prowadząc zajęcia dla narzeczonych, małżeństw i dla księży. W 1994 roku Jan Paweł II powołał ją do Papieskiej Akademii Życia.

O jedną stronę za daleko

Podczas wakacji rodzina Półtawskich wraz córkami i ośmiorgiem wnuków spotykała się z Janem Pawłem II w Castel Gandolfo. Zwykle już w maju papież umawiał się z „siostrą”, jakie książki przywiezie mu latem do czytania. W 2002 roku wybrał Zofię Kossak-Szczucką. Pani Wanda w dworcowym holu kupiła za dwa złote książkę tej autorki pt. „Nieznany kraj”, opisującą dzieje walk Śląska o polskość.

W trakcie lektury okazało się, że jednym z bohaterów jest stary ksiądz, który po latach ma wielką ochotę na pisanie wierszy. Usprawiedliwia się przed sobą, że przecież nie musi ich nikomu pokazywać.

– To zupełnie jak ja – skomentował ten fragment papież. – No to trzeba pisać – zachęciła go Wanda Półtawska. Tak zaczęła się praca Karola Wojtyły nad „Tryptykiem rzymskim”. Papież pisał, trochę kreślił. Pani Wanda przepisywała jego notatki na czysto, a pan Andrzej na komputerze.

W lutym 2005 roku Wanda Półtawska przyjechała do Rzymu na zebranie akademii Pro Vita i została przy papieżu aż do końca. Do końca też czytała mu książki.

– Gdy czuł się słaby, wybierał znane teksty z literatury pięknej – wspomina. – W Poliklinice Gemelli czytałam mu m.in. „Trylogię” i „Pana Tadeusza”, a na zmianę z siostrą Tobianą „Szatę” Lloyda C. Douglasa i jego własną książkę „Pamięć i tożsamość”.

Kiedy Wandzie Półtawskiej skończyły się teksty przywiezione z Polski, od znajomego dominikanina pożyczyła tekst Mieczysława Jałowieckiego „Wolne miasto”. Papież słuchał chętnie, bo książka jest napisana żywo. Odszedł, kiedy do odczytania została ostatnia strona.

Podczas pisania tego tekstu korzystałem z książki Wandy Półtawskiej „Beskidzkie rekolekcje. Dzieje przyjaźni księdza Wojtyły z rodziną Półtawskich”, wydanej właśnie przez oficynę Edycja Świętego Pawła. A także z filmu „Duśka” Wandy Różyckiej-Zborowskiej.

 

Oryginalny tytuł: Historia wielkiej przyjaźni Karola Wojtyły i Wandy Półtawskiej
Reportaż w całości zaczerpnięty z nto.pl